Od osiągania do spełnienia

Przez wiele lat żyłem od jednego celu do następnego. Kiedy osiągałem jeden, niemal natychmiast pojawiał się kolejny. Warsztaty, certyfikaty, wyjazdy, artykuły, książki. Wydawało mi się, że właśnie tak wygląda rozwój. Kolejny cel. Kolejny etap. Kolejne doświadczenie i kolejne potwierdzenie własnej wartości. Praktykowałem regularnie, wyjeżdżałem do Indii, rozwijałem się jako nauczyciel, poznawałem kolejne metody. Patrząc z zewnątrz, można by powiedzieć, że wszystko szło we właściwym kierunku. A jednak z perspektywy czasu widzę, że przez długi czas kierowała mną nie tylko pasja, ale również potrzeba osiągania. Chęć bycia lepszym. Chęć rozwoju. Chęć zdobywania kolejnych szczytów.
Problem polega na tym, że szczyty nigdy się nie kończą. Gdy osiągniemy jeden, na horyzoncie pojawia się następny i jeszcze następny. W pewnym momencie zacząłem dostrzegać ten mechanizm nie tylko w praktyce jogi, ale w całym swoim życiu. Zobaczyłem, jak często odkładam życie na później. Będę szczęśliwy, kiedy… osiągnę cel, zarobię więcej, zdobędę uznanie, udowodnię coś sobie lub innym. Każdy z nas mógłby wstawić tutaj coś od siebie.
Tylko że to „kiedy” nieustannie przesuwa się dalej. Joga nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego. Coraz częściej odkrywałem, że to, czego szukałem na zewnątrz, nie dawało mi tego, czego naprawdę potrzebowałem. Szukanie na zewnątrz samo w sobie nie jest błędem. Wszyscy chcemy się rozwijać. Chcemy tworzyć, podróżować, doświadczać życia. Sam ciągle organizuję warsztaty, prowadzę wyjazdy, piszę książkę i rozwijam nowe projekty.
Różnica polega jednak na tym, z jakiego miejsca to robię. Kiedyś wydawało mi się, że spełnienie znajduje się gdzieś przede mną. Dzisiaj coraz częściej mam poczucie, że nie trzeba na nie czekać. To właśnie z tego poczucia pełni najchętniej wyruszam w kolejne podróże.
Nie oznacza to bierności ani rezygnacji z marzeń. Nie oznacza też braku działania. Oznacza jedynie, że nie potrzebujemy budować swojej wartości na tym, co osiągniemy jutro. Możemy działać, tworzyć i rozwijać się dlatego, że coś kochamy. To właśnie tutaj widzę różnicę między ambicją a pasją. Ambicja często rodzi się z poczucia braku – chce coś udowodnić sobie albo innym. Z czasem zauważyłem, że prawdziwa pasja coraz mniej potrzebuje czegokolwiek udowadniać. Coraz bardziej staje się pragnieniem dzielenia się tym, co naprawdę ma dla nas wartość.

Im dłużej uczę i praktykuję jogę, tym bardziej widzę, że jej największa wartość nie polega na sprawniejszym ciele. Oczywiście ono się zmienia. Staje się silniejsze, bardziej świadome i obecne. Ale największa zmiana zachodzi gdzieś głębiej. W sposobie patrzenia na siebie i w sposobie patrzenia na innych. W sposobie przeżywania życia. Nie przestałem robić więcej rzeczy. Przestałem oczekiwać, że to one mnie dopełnią.
Przez lata praktyki odkryłem, jak wiele nieświadomych schematów noszę w sobie. Powtarzam te same reakcje. Te same lęki. Te same sposoby myślenia. Te same historie o sobie. Joga nie dała mi gotowych odpowiedzi. Dała mi coś znacznie cenniejszego – przestrzeń do obserwacji. Kiedy naprawdę zaczynamy obserwować siebie, samo światło uważności potrafi zmienić więcej, niż nam się wydaje. To, co przez lata pozostawało nieświadome, stopniowo przestaje nami kierować.
Dlatego dzisiaj coraz mniej interesuje mnie pytanie, jaką pozycję ktoś wykonuje lub jakiej nie potrafi. Znacznie bardziej interesuje mnie pytanie: Czy potrafimy być szczerzy wobec samych siebie? Czy potrafimy zobaczyć własne schematy? Czy potrafimy żyć w zgodzie ze sobą? Dla mnie żyć w zgodzie ze sobą oznacza zobaczyć prawdę o sobie. Nie tę wygodną, którą chcielibyśmy pokazać światu. Ale tę prawdziwą. Z naszymi mocnymi stronami, słabościami, lękami, pragnieniami. Być może na tym polega praktyka. Nie na stawaniu się kimś lepszym. Ale na stopniowym przestawaniu udawania kogoś, kim nigdy nie byliśmy.